poniedziałek, 27 października 2014

Rozdział Pierwszy

Druga Kobieta wśród Shinsengumi.

Kilka dni później zdarzyło się coś przez Sannan-sana bardzo nieoczekiwanego. Kilku ludzi uciekło, no może powiem tak. Nie byli już ludźmi, to potwory takie same, które mnie zaatakowały tamtej nocy. Lecz nie można myśleć, że Sannan-san przeprowadzał na nich jakieś eksperymenty. To wyniki badań pewnego doktora, który przebywał razem z Shinsengumi. Właściwie taka była przeszłość, która zaczęła się ujawniać. Wszyscy z kapitanów zostali oddelegowani do miasta, by wytropić i jak najszybciej ich unieszkodliwić, nim ktoś z mieszkańców i nie bodajże władze miasta się o tym dowiedzą. Ja też ich szukałam razem z Okitą Souji.
- I jak, Ayame-chan? - zapytał podchodząc do mnie.
- Nic. Nie było ich tam w tej uliczce. Trzeba sprawdzić inne - odparłam.
- Jeśli ich znajdziemy, pozostaw mnie załatwienie sprawy - rzekł, po chwili wbiegając w najciemniejszą część śródmieścia.
- A jeśli nie dasz im rady?
- Nie mów takich rzeczy, skoro sama nie potrafisz posługiwać się tymi katanami - warknął.
- Skąd wiesz, że nie umiem walczyć! Nie znasz mnie - tym razem to ja syknęłam, czując narastającą frustrację. Traktowali mnie jak małe dziecko, co nie potrafi samo o siebie zadbać. Przeszkadzało mi to bardzo. Tylko Sannan-san, on jedyny z całego Shinsengumi, mówił, że stać mnie na dużo więcej, niźli pokazuję.
- Hm, to pokażesz coś? - zapytał nagle, zbliżając się do mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, trzymając dłoń na rękojeści miecza, tak jakby szykował się do ataku. Wtem usłyszałam nienaturalny warkot i świst wypuszczanej katany w moją stronę. Zrobiłam unik w lewo i szybko sparowałam cios. Jeden potwór tocząc ślinę z ust warczał, napierając swym ciałem na mnie. Odepchnęłam go i cięłam od dołu w lewo. Ryknął z bólu i ponownie natarł, lecz ja podskoczyłam nad nim. Nawet nie zauważył, że rozcięłam go na pół. Padł martwy. Okita stał tak i patrzył na mnie. Po czym uśmiechnął się.
- Zmieniam zdanie. Udowodniłaś właśnie swoją wartość, Ayame Fujikata. Bardzo się z tego cieszę - rzekł, poklepując mnie po ramieniu. - Jednak to jeszcze nie koniec. Tylko jeden się tu trafił, a uciekło ich pięciu.
- Może Saitou-san i reszta ich znaleźli?
- Może, ale i tak musimy mieć większą pewność. Chodź, przeszukamy jeszcze pobliskie uliczki i potem spotkamy się z nimi w umówionym miejscu - powiedział i razem ruszyliśmy na poszukiwania zbiegów. Po dłuższym czasie nie natrafiliśmy na nich, więc postanowiliśmy wracać. Jak się potem okazało, Saitou-san, Hijikata-sama i inni znaleźli ich i uciszyli. Ciał pozbyliśmy się szybko by władze miasta nie dowiedziały się o tym incydencie. Wracając do siedziby, dowiedziałam się, że był też świadek. Rankiem zebraliśmy się w sali, by omówić tą kwestię.
- I co teraz z tym dzieciakiem zrobimy? - zapytał Heisuke-kun. Wszyscy byli pogrążeni we własnych myślach, ja też. Nie znałam żadnych szczegółów, skąd tam się znalazło dziecko i widziało jak Shinsengumi zabijają potwory.
- A może mi ktoś wyjaśnić jak do tego doszło, że ten mały widział całe zajście? - zapytałam, patrząc to na Sannan-sana, Hijikatę-sama i innych.
- Inoue, przyprowadź więźnia - zakomunikował czarnowłosy dowódca.
- Tak jest - rzekł wyznaczony starszy mężczyzna i wyszedł.
- To dziecko siedziało za beczkami, pewnie się tam chowało, aczkolwiek, widziało jak trzech uciekinierów zaatakowało dwóch samurajów i widziało jak eliminujemy ich - rzekł Hijikata-sama.
- Rozumiem, w takim razie, trzeba będzie zamknąć jemu usta - zaszeptałam, nie bardzo przekonana do swych słów.
- Ayame, pięknie się wyraziłaś. Po prostu, by zachować naszą tajemnicę, zabijemy go - rzekł Okita-san. W tej chwili owy więzień aż pisnął, kiedy usłyszał o naszej rozmowie.
- Jesteśmy już - odezwał się Inoue, przepuszczając młode dziecko przed siebie, lecz jak się potem dowiedziałam, nie był to chłopak, lecz dziewczyna ubrana w męski strój. Dziewczyna błagała, by pozwolono jej żyć, bowiem, przybyła do miasta w poszukiwaniu ojca. Miał on tu pracować jako lekarz i przez jakiś czas pisał do niej, lecz potem kontakt się urwał i tym sposobem, dziewczyna wyruszyła na poszukiwania.
- Ach, ja nazywam się Yukimura Chizuru - rzekła cicho, spuszczając głowę.
- Yukimura Koudou to twój ojciec? - spytał Sannan-san.
- Tak, czy może widzieliście go? - zapytała ożywiona Chizuru.
- Nie, wiadomo tylko, że w jego domu wybuchł pożar. Po przeszukaniu pogorzeliska jednak nie znaleźliśmy ciała. Nie wiadomo gdzie jest, czy przeżył, tego też nie wiemy - wyjaśnił Hijikata-sama.
- W takim razie, mając jego córkę może znajdziemy go szybciej niż myślimy - rzekł Okita.
- Może masz rację. Będziesz dzieliła pokój z Ayame - usłyszałam i pokiwałam głową na znak zgody. Dziewczyna popatrzyła na mnie ze strachem.
- Nie musisz się jej obawiać - dodał Okita widząc minę Chizuru.
- On ma rację, nie gryzę - odezwałam się, starając się by mój głos zabrzmiał przyjaźnie. Ale chyba wywarło odwrotne wrażenie. Dziewczyna wzdrygnęła się, lecz nic na to nie powiedziała. Ja przyjęłam to z obojętnością.
- To wszystko jeśli chodzi o spotkanie - rzekł Kondou-san. Wszyscy wstali i rozeszli się. Na dworze zaczepił mnie Hijikata-sama.
- Zaczekaj Ayame - rzekł łapiąc za rękaw kimona.
- Tak?
- Chcę byś miała oko na tę małą - mruknął. - Tobie więcej ufam niż jej. Jeśli coś zacznie rozpowiadać o wczorajszej nocy, musisz natychmiast mnie o tym powiadomić - dodał ściszonym głosem.
- Dziękuję za zaufanie i powiadomię jeśli do tego dojdzie. Aczkolwiek sądzę, że będzie milczeć jak grób, bowiem boi się o swe życie i do tego jeszcze chce odnaleźć ojca - odrzekłam.
- Tak, lecz trzeba na nią uważać. Jutro przybędzie Itou-san z Shogunatu, więc musimy jeszcze bardziej strzec się przed ujawnieniem tego co było - odpowiedział.
- Tak jest, Hijikata-sama - ukłoniłam się i odeszłam do siebie. W pokoju była już ta mała. Uśmiechnęłam się do niej i usiadłam obok.
- Wiem, że boisz się ich wszystkich, nawet mnie, lecz nie musisz. Nikt cię tu nie skrzywdzi i pomożemy odnaleźć twojego ojca - mruknęłam, przyglądając się jej.
- N-na prawd-dę? Dziękuję.
- Ten pokój jest na tyle duży byśmy się tu rozłożyły z łóżkami i dodatkowymi sprzętami. Tylko jeden warunek, nie wolno ci tknąć mych katan - powiedziałam dość oschle.

Po paru tygodniach wszyscy przyzwyczaili się do jej obecności. Nawet Toshi zgodził by jadła wspólnie z nami posiłki. Bowiem w sumie, razem jest raźniej i milej niż samemu. A też za czym stoi ja musiałabym być w pokoju razem z nią. Dlatego też wyprosiłam u Hijikaty-samy zgodę. Chizuru była z początku przestraszona i spięta widząc utarczkę między Keisuke a Kenpachi.
- Oni tak zawsze robią - szepnęłam jej by nie zaczynała się bać gwałtowności tych dwóch. Popatrzyła na mnie i lekko się uśmiechnęła, rozluźniona zajęła się posiłkiem.
- Na prawdę? - rzekła cicho, co i raz spoglądając na walczących na niby Shinsengumi.
- Spokojnie zjedz bo wystygnie - odparłam, nie zwracając najmniejszej uwagi na to jak zachowują się ci dwaj. Po posiłku wszyscy rozeszliśmy się do swych kwater. Razem z Chizuru siedząc w pokoju jeszcze przez chwilę rozmawiałyśmy o różnych sprawach.
- Powiedz, Chizuru. Kiedy po raz ostatni miałaś wiadomość od ojca? - spytałam.
- Pół roku temu. Ten ostatni list brzmiał jakoś inaczej od wszystkich. Ojciec zabraniał mi w nim przybywać do miasta. Pisał, że tu jest zbyt niebezpiecznie i nawet sam nie będzie w stanie mnie chronić. Obiecywał napisać ponownie, lecz nic takiego nie nastąpiło. Postanowiłam dowiedzieć się co się stało, dlatego też przybyłam tu - wyjaśniła, lecz jej głos drżał z niepokoju.
- O nic się nie martw. Znajdziemy go - zapewniłam ją, lecz w duchu widziałam, że nie będzie to należało do najłatwiejszych zadań. - Zaufaj mi, nikt w kwaterze nie życzy ci źle. Ale musimy podjąć jedną rzecz. Otóż musisz udawać chłopaka tak jak do tej pory, by reszta z przebywających tu wojowników nie domyśliła się kim jesteś. Rozumiesz?
- Tak - odpowiedziała stanowczo.
- To dobrze.
- A czy mogę się o coś ciebie spytać, Ayame-san? - zaczęła robiąc pauzę, lecz ja tylko skinęłam głową, że się zgadzam, więc kontynuowała. - Wiem, że mało mogę pomóc tutaj, ale czy nie mogłabym chodzić z wami na patrole? Błagam, może ktoś z mieszkańców widział mego ojca i będzie w stanie udzielić mi kilku informacji - pisnęła na koniec, patrząc błagalnym wzrokiem.
- Chizuru, tego nie mogę ci obiecać. Ale jeśli tak bardzo pragniesz z nami chodzić, to jutro porozmawiam o tym z Hijikatą-sama i innymi. Może się zgodzą? Będziesz jednak potrafiła się obronić, jeśli zostaniemy zaatakowani przez ryoka? Nie narazisz naszych oddziałów na straty? - pytałam.
- Pobierałam nauki samoobrony u mistrza Shion, bowiem ojciec tego chciał. Podstawy znam, więc myślę, że dam radę - odparła.
- Rozumiem. Zatem jutro omówimy plan z vice-dowódcą i innymi kapitanami. A teraz życzę miłych snów - rzekłam, lekko ziewając. Chwilę później leżałam na posłaniu i wpatrywałam się w sufit, po czym oczy same się zamknęły. Miałam dziwny, lecz bardzo realistyczny sen.


***
Tutaj na razie przerwę. A co przyśniło się Ayame i czy Hijikata-sama pozwoli Yukimurze na patrole z resztą, dowiecie się w następnym rozdziale. Do zobaczenia wkrótce i liczę na jakieś komentarze. Jednak wolałabym by nie były one typu: Fajna notka, super rozdział". Rozbudujcie je proszę. Wypiszcie błędy od dechy do dechy, niech wiem, co jest do poprawy.

środa, 8 stycznia 2014

Prolog

Siedząc w pokoju, pisałam raport dyktowany przez Sannan-sana. Długo mi to zajęło, gdyż jak skończyliśmy była już pora kolacji. Ale musieliśmy wszelkie obserwację dokonane przez okularnika zapisać.

- Ayame, dziękuję ci za pomoc. Chodźmy już, bo nic nam nie pozostanie – mruknął odkładając kartki na stosik leżący na jego biurku. 
- Dobrze, nie ma za co. Gdybyś kiedyś jeszcze potrzebował czegoś to służę uprzejmie – odparłam uśmiechając się. Wyszliśmy razem z jego pokoju i udaliśmy się do głównej sali. Byli tam wszyscy dowodzący oddziałów jak i Hijikata-sama i Kondou-sama. Obaj przywitali nas uśmiechem i zajęliśmy nasze miejsca. 
- A już myślałem, że się gdzieś zapodzieliście – rzekł Harada-san szturchając mnie w bok ale spoglądając na Sannan-sana. 
- Mieliśmy dużo papierkowej pracy i nawet nie zauważyliśmy jak już było późno – mruknął i zajął się swoim posiłkiem. No i też Schinpachi i Heisuke walczyli o najlepsze kąski między sobą, wprawiając pozostałych w radosną atmosferę. Ja też się uśmiechałam. „Jak dzieci” - pomyślałam, lekko kręcąc głową.

Kilka dni później razem z Sannan-san przeprowadzaliśmy kolejny eksperyment. Ponownie zajęło to nam do późnego wieczora, lecz tym razem nie miałam ochoty na kolację. Poszłam do siebie odpocząć. Projekt, którym byliśmy zajęci, miał na celu polepszenie wydajności ochimizu, leku który mógłby pomóc szybciej goić rany zadane podczas walki. Osobiście nie wierzyłam, że kiedyś nam się uda go dopracować, a dzieląc się tymi spostrzeżeniami z Keisuke, dostałam małą burę, że nie jestem wtajemniczona w całą sprawę. Do końca zadania postanowiłam milczeć i czekać na efekty żmudnej pracy. Cała ta sprawa była tajemnicą, więc o wszelkich wynikach milczałam i na pytania typu: " Co wy tak długo robicie w tym pokoju? Czym się teraz zajmujecie?", ze strony innych, odpowiadałam zdawkowymi zdaniami. A najbardziej nachalnych zbywałam groźnymi spojrzeniami.

Jest mi tu dobrze, mimo, że przebywają tu gorący faceci. Cholera, jakie ja mam kosmate myśli, ale niech mnie piorun strzeli jeśli to nie prawda. Jestem jedyną kobietą w całych koszarach i wcale mi to nie leży. 

Ale wszystko zaczęło się od mojej ucieczki z domu rodzinnego. Dlaczego? Z powodu małżeństwa. Tak, to miało być moje małżeństwo z jakimś lordem Serisari. Nie znam tego jegomościa, ale jeden jedyny raz go widziałam. Kiedy to mój ojciec zaprosił go do jakiejś gry. Moja matka wystroiła mnie przepięknie i ciągle zmuszała, bym siedziała w sali w kącie i gdy oni coś chcieli, to musiałam usługiwać. Robiłam to, do czasu jak się dowiedziałam, że to mój przyszły małżonek i mam robić wszystko, czego on sobie zapragnie. Bo właśnie taka jest rola kobiety w małżeństwie. Będąc w kuchni pokłóciłam się z matką.
- Nigdy nie wyjdę za mąż za tego obleśnego gbura. Jak mogliście mi to zrobić? On jest za stary dla mnie. Śmierdzi od niego sake, jakby ją pił codziennie galonami! I myślisz, że teraz to pójdę i go przeproszę? - warknęłam wściekła za słowa Serisari. A nazwał mnie dość ładną przyszłą matroną. A przy tym miał taki wyraz twarzy, że zrobiło mi się na ten widok niedobrze.
- Córko! W tej chwili idziesz i przeprosisz naszego gościa! Nie tak cię wychowywałam, byś teraz plamiła nasz honor i dobre imię ojca! Jak nie pokażesz swego żalu i pokory, ojciec cię srogo za to ukaże - syknęła. - Ja też nie omieszkam dać  ci porządnej nauczki! - dodała wychodząc z pomieszczenia. Usiadłam na stołku i załkałam cicho. Wtem zapiekło mnie ramię. Ból zaczął rozchodzić się wzdłuż niego i piął się do góry niczym wąż. Dostałam dreszczy i zakręciło mi się w głowie. Nie wiedziałam co się dzieje, ale słysząc czyjeś kroki dochodzące z korytarza, umknęłam przez drugie drzwi na zaplecze i potem wąskim przejściem między pomieszczeniami dotarłam do siebie. Spanikowana zdarłam z siebie suknię i ubrałam się w męskie kimono. Za pasek włożyłam czarną katanę o rękojeści z kości słoniowej a drugą białą z czarną rękojeścią umieściłam na plecy. Na to nałożyłam podróżny płaszcz i cicho przechodząc obok sali, w której jeszcze przebywał mój ojciec i parszywy narzeczony, wydostałam się na dwór. Nikogo o tej porze nie było, więc szybko skierowałam się do bramy. Będąc już poza nią, puściłam się biegiem w dół do lasu. Tam skręciłam w mało uczęszczaną ścieżkę i zacierając co jakiś czas po sobie ślady ruszyłam dalej. 
"Nim się spostrzeżecie, będę już daleko" - pomyślałam. Wtem pośliznęłam się na mokrym mchu i sturlałam się do wąwozu. Klnąc na siebie usłyszałam trzask łamanych gałęzi. Potem znów to samo, aż w końcu mym oczom ukazał się potężny biało-czarny wilczur. Podchodził do mnie bardzo powoli, jakby oceniając swoje i moje szanse na przeżycie starcia.
- Co cię tu sprowadza, Ayame Fujikata, córko żywiołów? Czyżbyś pragnęła opuścić dwór bez wyraźnego pozwolenia?
- Skąd wiesz jak się nazywam? Kim ty jesteś? I nie zatrzymasz mnie? Muszę stąd uciec, bo... - wykrzyczałam pełna złości.
- Jestem Re. Pan tego lasu i strażnik zewnętrznych posiadłości twego ojca. Nie chcesz tego mężczyzny za męża, nieprawdaż? Ale jak chcesz to uczynić, skoro nie umiesz ani latać ani nurkować. To miejsce jest oddzielone od stałego lądu głęboką i szeroką wodą i przepaścią.
- Nie wiedziałam o tym. Ale ja nie mogę tu pozostać - szepnęłam. Nie sądziłam, że aż na takie przeciwności natrafię.
- Rozumiem cię, pani. Działasz pod wpływem impulsu, ale będzie z ciebie świetna głowa rodu. O ile przeżyjesz nasz skok.
- Jak to? Pomożesz mi w ucieczce? - spytałam nie wierząc własnym uszom.
- Tak. Ale pod jednym warunkiem. Musisz równie szybko znaleźć innego nadającego się na męża, inaczej będę zmuszony odprowadzić cię tutaj. Całą ale nikt nie powiedział, że zdrową.
- Tyle, że jak mam to zrobić? Nie dam rady tak od razu tego zrobić - rzekłam trochę przerażona perspektywą powrotu.
- Dam ci trochę czasu. W trakcie którego będę przychodził i sprawdzał postępy - odpowiedział. Po tych słowach podszedł i ukucnął przede mną a ja wspięłam się na jego grzbiet. - A teraz to mocno się trzymaj, ale nie wyrwij mi futra - warknął i od razu ruszyliśmy w stronę granic. Kiedy dotarliśmy na skraj lasu, przed nami rozciągała się wielka przepaść. Przez nią płynęła rzeka o wartkim prądzie, gdzie na końcu miał na szaleńca czekać ogromny wodospad. Tak mi wyjaśniał Re. Nie wiedziałam jak on to zrobił, ale przeskoczył ją z rozbiegu. Chwilę potem stałam po drugiej stronie. 
- Tu muszę cię pożegnać, pani. Spisz się dobrze w nowym kraju - rzekł i zniknął.
- Postaram się nie zawieść twego zaufania Re, królu lasu i mój jedyny od teraz powierniku - odpowiedziałam. Udałam się drogą przed siebie aż w końcu dotarłam do miasta. Obrzeża były bardzo ubogie. Ludzie tam żyjący, to nędzarze, ale nie tylko. Zauważyłam, że co poniektórzy zajęli się hodowlą i uprawą roli. Niektórym pracującym na polach słałam serdeczne pozdrowienia, na co odpowiadali tym samym. Inni tylko się uśmiechali. Brnąć dalej, doszłam do śródmieścia. Wraz z nastaniem wieczoru, zrobiło się chłodniej jak i niebezpieczniej.

A jak właściwie znalazłam się u Shinsengumi. No cóż, idąc jakąś uliczką natknęłam się na dziwnie zachowujących się ludzi. Z początku myślałam, że spytam ich o jakieś lokum, gdzie mogłabym przenocować, ale w miarę zbliżania się do nich, wyczułam dziwną aurę. Nim się domyśliłam, że oni są niebezpieczni, zostałam zaatakowana, lecz z pomocą przyszli mi właśnie strażnicy porządku w mieście, owi Shinsengumi. Dlatego, że widziałam te potwory, zostałam siłą zabrana do kwatery głównej i do tej pory tu przebywam.