środa, 8 stycznia 2014

Prolog

Siedząc w pokoju, pisałam raport dyktowany przez Sannan-sana. Długo mi to zajęło, gdyż jak skończyliśmy była już pora kolacji. Ale musieliśmy wszelkie obserwację dokonane przez okularnika zapisać.

- Ayame, dziękuję ci za pomoc. Chodźmy już, bo nic nam nie pozostanie – mruknął odkładając kartki na stosik leżący na jego biurku. 
- Dobrze, nie ma za co. Gdybyś kiedyś jeszcze potrzebował czegoś to służę uprzejmie – odparłam uśmiechając się. Wyszliśmy razem z jego pokoju i udaliśmy się do głównej sali. Byli tam wszyscy dowodzący oddziałów jak i Hijikata-sama i Kondou-sama. Obaj przywitali nas uśmiechem i zajęliśmy nasze miejsca. 
- A już myślałem, że się gdzieś zapodzieliście – rzekł Harada-san szturchając mnie w bok ale spoglądając na Sannan-sana. 
- Mieliśmy dużo papierkowej pracy i nawet nie zauważyliśmy jak już było późno – mruknął i zajął się swoim posiłkiem. No i też Schinpachi i Heisuke walczyli o najlepsze kąski między sobą, wprawiając pozostałych w radosną atmosferę. Ja też się uśmiechałam. „Jak dzieci” - pomyślałam, lekko kręcąc głową.

Kilka dni później razem z Sannan-san przeprowadzaliśmy kolejny eksperyment. Ponownie zajęło to nam do późnego wieczora, lecz tym razem nie miałam ochoty na kolację. Poszłam do siebie odpocząć. Projekt, którym byliśmy zajęci, miał na celu polepszenie wydajności ochimizu, leku który mógłby pomóc szybciej goić rany zadane podczas walki. Osobiście nie wierzyłam, że kiedyś nam się uda go dopracować, a dzieląc się tymi spostrzeżeniami z Keisuke, dostałam małą burę, że nie jestem wtajemniczona w całą sprawę. Do końca zadania postanowiłam milczeć i czekać na efekty żmudnej pracy. Cała ta sprawa była tajemnicą, więc o wszelkich wynikach milczałam i na pytania typu: " Co wy tak długo robicie w tym pokoju? Czym się teraz zajmujecie?", ze strony innych, odpowiadałam zdawkowymi zdaniami. A najbardziej nachalnych zbywałam groźnymi spojrzeniami.

Jest mi tu dobrze, mimo, że przebywają tu gorący faceci. Cholera, jakie ja mam kosmate myśli, ale niech mnie piorun strzeli jeśli to nie prawda. Jestem jedyną kobietą w całych koszarach i wcale mi to nie leży. 

Ale wszystko zaczęło się od mojej ucieczki z domu rodzinnego. Dlaczego? Z powodu małżeństwa. Tak, to miało być moje małżeństwo z jakimś lordem Serisari. Nie znam tego jegomościa, ale jeden jedyny raz go widziałam. Kiedy to mój ojciec zaprosił go do jakiejś gry. Moja matka wystroiła mnie przepięknie i ciągle zmuszała, bym siedziała w sali w kącie i gdy oni coś chcieli, to musiałam usługiwać. Robiłam to, do czasu jak się dowiedziałam, że to mój przyszły małżonek i mam robić wszystko, czego on sobie zapragnie. Bo właśnie taka jest rola kobiety w małżeństwie. Będąc w kuchni pokłóciłam się z matką.
- Nigdy nie wyjdę za mąż za tego obleśnego gbura. Jak mogliście mi to zrobić? On jest za stary dla mnie. Śmierdzi od niego sake, jakby ją pił codziennie galonami! I myślisz, że teraz to pójdę i go przeproszę? - warknęłam wściekła za słowa Serisari. A nazwał mnie dość ładną przyszłą matroną. A przy tym miał taki wyraz twarzy, że zrobiło mi się na ten widok niedobrze.
- Córko! W tej chwili idziesz i przeprosisz naszego gościa! Nie tak cię wychowywałam, byś teraz plamiła nasz honor i dobre imię ojca! Jak nie pokażesz swego żalu i pokory, ojciec cię srogo za to ukaże - syknęła. - Ja też nie omieszkam dać  ci porządnej nauczki! - dodała wychodząc z pomieszczenia. Usiadłam na stołku i załkałam cicho. Wtem zapiekło mnie ramię. Ból zaczął rozchodzić się wzdłuż niego i piął się do góry niczym wąż. Dostałam dreszczy i zakręciło mi się w głowie. Nie wiedziałam co się dzieje, ale słysząc czyjeś kroki dochodzące z korytarza, umknęłam przez drugie drzwi na zaplecze i potem wąskim przejściem między pomieszczeniami dotarłam do siebie. Spanikowana zdarłam z siebie suknię i ubrałam się w męskie kimono. Za pasek włożyłam czarną katanę o rękojeści z kości słoniowej a drugą białą z czarną rękojeścią umieściłam na plecy. Na to nałożyłam podróżny płaszcz i cicho przechodząc obok sali, w której jeszcze przebywał mój ojciec i parszywy narzeczony, wydostałam się na dwór. Nikogo o tej porze nie było, więc szybko skierowałam się do bramy. Będąc już poza nią, puściłam się biegiem w dół do lasu. Tam skręciłam w mało uczęszczaną ścieżkę i zacierając co jakiś czas po sobie ślady ruszyłam dalej. 
"Nim się spostrzeżecie, będę już daleko" - pomyślałam. Wtem pośliznęłam się na mokrym mchu i sturlałam się do wąwozu. Klnąc na siebie usłyszałam trzask łamanych gałęzi. Potem znów to samo, aż w końcu mym oczom ukazał się potężny biało-czarny wilczur. Podchodził do mnie bardzo powoli, jakby oceniając swoje i moje szanse na przeżycie starcia.
- Co cię tu sprowadza, Ayame Fujikata, córko żywiołów? Czyżbyś pragnęła opuścić dwór bez wyraźnego pozwolenia?
- Skąd wiesz jak się nazywam? Kim ty jesteś? I nie zatrzymasz mnie? Muszę stąd uciec, bo... - wykrzyczałam pełna złości.
- Jestem Re. Pan tego lasu i strażnik zewnętrznych posiadłości twego ojca. Nie chcesz tego mężczyzny za męża, nieprawdaż? Ale jak chcesz to uczynić, skoro nie umiesz ani latać ani nurkować. To miejsce jest oddzielone od stałego lądu głęboką i szeroką wodą i przepaścią.
- Nie wiedziałam o tym. Ale ja nie mogę tu pozostać - szepnęłam. Nie sądziłam, że aż na takie przeciwności natrafię.
- Rozumiem cię, pani. Działasz pod wpływem impulsu, ale będzie z ciebie świetna głowa rodu. O ile przeżyjesz nasz skok.
- Jak to? Pomożesz mi w ucieczce? - spytałam nie wierząc własnym uszom.
- Tak. Ale pod jednym warunkiem. Musisz równie szybko znaleźć innego nadającego się na męża, inaczej będę zmuszony odprowadzić cię tutaj. Całą ale nikt nie powiedział, że zdrową.
- Tyle, że jak mam to zrobić? Nie dam rady tak od razu tego zrobić - rzekłam trochę przerażona perspektywą powrotu.
- Dam ci trochę czasu. W trakcie którego będę przychodził i sprawdzał postępy - odpowiedział. Po tych słowach podszedł i ukucnął przede mną a ja wspięłam się na jego grzbiet. - A teraz to mocno się trzymaj, ale nie wyrwij mi futra - warknął i od razu ruszyliśmy w stronę granic. Kiedy dotarliśmy na skraj lasu, przed nami rozciągała się wielka przepaść. Przez nią płynęła rzeka o wartkim prądzie, gdzie na końcu miał na szaleńca czekać ogromny wodospad. Tak mi wyjaśniał Re. Nie wiedziałam jak on to zrobił, ale przeskoczył ją z rozbiegu. Chwilę potem stałam po drugiej stronie. 
- Tu muszę cię pożegnać, pani. Spisz się dobrze w nowym kraju - rzekł i zniknął.
- Postaram się nie zawieść twego zaufania Re, królu lasu i mój jedyny od teraz powierniku - odpowiedziałam. Udałam się drogą przed siebie aż w końcu dotarłam do miasta. Obrzeża były bardzo ubogie. Ludzie tam żyjący, to nędzarze, ale nie tylko. Zauważyłam, że co poniektórzy zajęli się hodowlą i uprawą roli. Niektórym pracującym na polach słałam serdeczne pozdrowienia, na co odpowiadali tym samym. Inni tylko się uśmiechali. Brnąć dalej, doszłam do śródmieścia. Wraz z nastaniem wieczoru, zrobiło się chłodniej jak i niebezpieczniej.

A jak właściwie znalazłam się u Shinsengumi. No cóż, idąc jakąś uliczką natknęłam się na dziwnie zachowujących się ludzi. Z początku myślałam, że spytam ich o jakieś lokum, gdzie mogłabym przenocować, ale w miarę zbliżania się do nich, wyczułam dziwną aurę. Nim się domyśliłam, że oni są niebezpieczni, zostałam zaatakowana, lecz z pomocą przyszli mi właśnie strażnicy porządku w mieście, owi Shinsengumi. Dlatego, że widziałam te potwory, zostałam siłą zabrana do kwatery głównej i do tej pory tu przebywam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz